Czytając felieton Piotra Kanikowskiego o „pułapce” zastawionej przez legnickich narodowców, człowiek zaczyna się zastanawiać: czy my jeszcze żyjemy w realnym świecie, czy już w komedii politycznej? Bo oto okazuje się, że opublikowanie posta w grupie na Facebooku to teraz „misterny fortel rodem z gabinetu cieni”, a reakcja dziennikarza – który o tym po prostu napisał – to podobno kompromitacja dekady.
Ale po kolei.
Pan Kanikowski, wytrawny tropiciel spisków i serów w pułapkach, padł ofiarą czegoś, co można by nazwać "operacją: przeczytaj post i zareaguj". W reakcji na wpis Roberta Stachery poinformował opinię publiczną, że narodowcy planują coś przynieść na sesję rady miasta. Skandal, prawda? Czy ktoś mógł przewidzieć, że dziennikarz zareaguje na deklarację polityczną? To się jeszcze nie zdarzyło w historii wolnych mediów!
Zamiast przyznać, że dał się lekko rozegrać (co każdemu się może zdarzyć), Pan Redaktor uznał, że najlepszą obroną jest... atak. I to nie byle jaki. Słowny rajd na styl pisarski Bartłomieja Pakosa. Bo przecież jak nie wiadomo, o co chodzi, to najlepiej pośmiać się z przecinków i składni. A że Pakos pisze, jak pisze – to już wystarczy, by zrobić z niego lokalnego błazna.
Logika? Styl? A komu to potrzebne?
Problem w tym, że Pakos – o zgrozo – napisał coś, co się spełniło. Czyli: zapowiedział, że będzie akcja, i była. Że ktoś się nabierze – i ktoś się nabrał. A że potem napisał o tym tekst, to już tylko wisienka na torcie. Swoim wpisem bardziej rozbawił, niż uraził – i może o to właśnie chodziło?
W tym czasie Pan Kanikowski zasugerował, że powinien był rzucić się pod drzwi sali sesyjnej niczym Rejtan, żeby zapobiec składaniu uchwały. Brakuje jeszcze wzmianki o tym, że Pakos przebrał się za Radka Sikorskiego i z megafonem krzyczał „nie oddamy wam Legnicy!”. Ale cóż – może to w kolejnej części.
Pakos – wróg publiczny przecinków
Z całego „sporu” najwięcej miejsca poświęcono nie ideom, nie działaniom, tylko... językowi Pakosa. Jego „niezborność” ma być dowodem braku kompetencji, powagi i wiarygodności. I tutaj pojawia się poważne pytanie: czy my prowadzimy debatę, czy dyktando?
Pakos może nie pisze jak klasyk literatury, ale przynajmniej pisze, co myśli. I nie zasłania się ironią, żeby zbyć temat. Może czasem się pogubi w interpunkcji, ale przynajmniej nie gubi się w przekazie. A że ktoś chce go za to publicznie połajankować, to bardziej świadczy o braku luzu po drugiej stronie, niż o winie samego zainteresowanego.
A może po prostu: remis?
Podsumowując: czy narodowcy z Legnicy dokonali wielkiego politycznego przewrotu? Nie. Czy redaktor Kanikowski padł ofiarą intrygi stulecia? Również nie. Ale może zamiast robić z tego lokalną wersję „House of Cards”, po prostu pogódźmy się z faktem, że polityka to gra – i czasem ktoś wygra rundę nie dlatego, że jest Machiavellim, tylko dlatego, że druga strona zbyt poważnie traktuje samą siebie.
I na koniec: jeśli największym grzechem Bartłomieja Pakosa jest to, że pisze nie do końca poprawnie – to chyba nie jest z nim aż tak źle.
Fot: Tulegnica.pl