Loading...

Pożar kamienicy przy ulicy Jaworzyńskiej

W piątek, 28 listopada, sześć jednostek straży pożarnej zostało wezwanych do gaszenia pożaru, który wybuchł w mieszkaniu na parterze kamienicy przy ulicy Jaworzyńskiej. Dzięki szybkiej reakcji lokatorzy zdołali opuścić lokal jeszcze przed przyjazdem strażaków i natychmiast otrzymali pomoc od ratowników medycznych. Pożar został błyskawicznie opanowany, a strażacy skrupulatnie sprawdzili cały budynek, by upewnić się, że nie występują inne zagrożenia. Akcja przebiegła sprawnie i skutecznie, minimalizując ryzyko zarówno dla mieszkańców, jak i okolicznych budynków.

Udało nam się porozmawiać ze świadkami zdarzenia, a poniżej przedstawiamy relację jednego z nich. Marcin "Wyspa" Wysocki opisał całą sytuację oraz przesłał zdjęcia, które publikujemy ku przestrodze.


"To był zwyczajny dzień. Mieszkam na drugim piętrze, a moja mama piętro niżej. Obecnie przebywa za granicą. W związku z nadchodzącymi chłodniejszymi dniami postanowiłem rozpalić w piecu. Gdy wszedłem do mieszkania mojej mamy, poczułem zapach palonych kabli. Na początku sądziłem, że może instalacja u niej się zapaliła, jednak wszystko było wyłączone. Sprawdziłem całe mieszkanie, ale nie znalazłem niczego niepokojącego. Pomyślałem, że zapach może pochodzić z zewnątrz. Otwierając okno, poczułem intensywniejszy zapach spalenizny i zobaczyłem dym. Zrozumiałem, że dzieje się coś złego. Dym unosił się od sąsiadów z parteru. Zamknąłem okno i wybiegłem na korytarz. Dymu było tak dużo, że schodów oddalonych zaledwie o trzy, cztery metry w ogóle nie widziałem.

Postanowiłem zaalarmować sąsiadów – pukałem do drzwi tych, którzy mogli być w domach, krzycząc, że się pali. W międzyczasie zadzwoniłem na straż pożarną, podobnie jak inni lokatorzy, którzy również wyszli ze swoich mieszkań. Wbiegłem do siebie, gdzie byłem z dziećmi i narzeczoną, prosząc ją, żeby mi pomogła. Razem, zakrywając twarze przed dymem, próbowaliśmy zejść na dół. Dym był tak gęsty, że schody praktycznie „przestały istnieć”. Schodziliśmy „na pamięć”, kierując się ścianą. Narzeczona zaczęła otwierać okna na klatce schodowej, aby przewietrzyć pomieszczenie. Tymczasem dotarłem do drzwi sąsiadów i sprawdziłem klamkę – czy jest nagrzana, by upewnić się, czy pożar wybuchł tuż za drzwiami. Klamka była zimna, więc otworzyłem drzwi szerzej.

Całe mieszkanie było pełne dymu – nic nie widziałem. Wołałem sąsiadów po imieniu, ale nikt nie odpowiadał. Podejrzewałem, że mogli już stracić przytomność. Wszedłem głębiej, na jakieś 3 metry w stronę przedpokoju. Próba wołania ich była trudna – gryzący dym niemal uniemożliwiał oddychanie czy krzyczenie. Nic nie widząc i tonąc w pocie ze stresu oraz wysiłku, zdecydowałem wrócić po ręczniki, które namoczyłbym wodą jako prowizoryczne maski. Wychodząc jeszcze raz krzyknąłem i wtedy dostrzegłem sąsiadkę w dymie – złapałem ją za rękę i pomogłem opuścić mieszkanie. Poinformowała mnie, że w domu jest jeszcze jej mąż. Czas naglił – każda sekunda była na wagę złota.

Ponownie wbiegłem do mieszkania – tym razem głębiej. Po chwili zauważyłem sąsiada opartego o ścianę – ledwo stał na nogach. Pomogłem mu wydostać się z mieszkania i odprowadziłem ich oboje na bezpieczną odległość. Sąsiedzi twierdzili, że przyczyną pożaru był piec, który został zapchany i zajął się ogniem. Przyjrzałem się sytuacji przez okno – ogień szalał wokół pieca i pochłaniał znaczną część pokoju. W międzyczasie zauważyłem butlę gazową w mieszkaniu – znajdowała się ona na szczęście daleko od płomieni.

Straż pożarna, pogotowie i policja przybyły na miejsce niemal równocześnie. Ostrzegłem straż o butli gazowej znajdującej się wewnątrz mieszkania. Pogotowie zajęło się poszkodowanymi sąsiadami, a strażacy przystąpili do gaszenia ognia i zabezpieczenia miejsca zdarzenia. Po krótkim czasie ogień został opanowany. Następnie razem ze strażakami sprawdziliśmy mieszkania w naszej kamienicy, aby zmierzyć stężenie tlenku węgla. Strażacy zalecili odczekanie około 15 minut przed powrotem do mieszkań. Na szczęście nikt nie ucierpiał. Przyczyną pożaru było to, że drewno trzymane za piecem nagrzewało się przez długi czas, aż w końcu się zapaliło.

Moje zachowanie w tej sytuacji było naturalne – każdy na moim miejscu postąpiłby tak samo. Życie ludzkie jest bezcenne; ja lub moja rodzina moglibyśmy znaleźć się w podobnej sytuacji i również potrzebować pomocy. Dlatego nie potrafiłbym nie zareagować wobec ludzkiego cierpienia. Tak właśnie wychowali mnie rodzice – mama i tata. "

Tak opisał nam całą sytuację Marcin “Wyspa” Wysocki  

Fot:  Marcin “Wyspa” Wysocki